środa, 26 sierpnia 2015

O zmieniającej się literaturze młodzieżowej

 Ostatnio przeczytałam dwie książki będącej teraz popularnej autorki Rainbow Rowell - Eleonora i Park oraz Fangirl. Jako, że moim hobby jest krytykowanie książek, którymi świat się zachwyca, to pomyślałam sobie „A może tak napiszę ich recenzje na mojego opuszczonego bloga?". Myśląc jednak, co w owych recenzjach chcę zamieścić, stwierdziłam, że będę musiała dość mocno rozwinąć inny temat, który niepotrzebnie wydłuży recenzje, a może być świetny na dodatkowy post. W pewien sposób możecie go potraktować jako wstęp do recenzji wyżej wymienionych książek.


 Myślę, że każdy książkoholik przed 20 może powiedzieć to samo, co ja na temat historii książek dla młodzieży. Nie ukrywam, dla mnie początkiem był i zawsze już będzie Zmierzch. Byłam wtedy jeszcze w podstawówce, więc trochę już minęło, jednak trudno mi powiedzieć, co było wcześniej, a celem tego wpisu nie jest przekopywanie się przez internet w poszukiwaniu trendów literackich tamtego dziesięciolecia czy nawet wieku. Wcześniej był Harry Potter, Władca pierścieni i Meg Cabot (Pamiętnik księżniczki).
 Wracając do Zmierzchu - był on efektem fali istot nadnaturalnych, a przede wszystkim wampirów. Normalni nastolatkowie byli wrzucani do obcego im i nam świata, z którym musieli się zmierzyć. W efekcie zazwyczaj wynikała niedozwolona miłość, o którą trzeba walczyć. Powstało tego mnóstwo: Dom nocy P. C. Cast, Pamiętniki Wampirów L. J. Smith, Wampiry z Morganville Rachel Caine. Chociaż temat można ciągnąć w nieskończoność, wiele osób znudził już ten motyw, bo romantyczne potwory nie są ciekawe przez cały czas. Osobiście nie krytykuję tego tematu, chociaż wiele osób uważa, że nie jest on warty uwagi - można znaleźć naprawdę ciekawe książki, gdzie są nadnaturalni bohaterowie i nie muszą być od razu pełne tęczy i grzecznych potworów. Jeszcze niedawno świat żył Darami anioła Cassandy Clare czy wychodzącą jeszcze serią Lux Jennifer L. Armentrout (nie przepadam za obiema seriami).


 Światem książek wstrząsnęła Suzanne Collins, która w 2008 wydała Igrzyska Śmierci, pierwszy tom znanej wszystkim trylogii o dystopijnym świecie, w którym bohaterzy są zmuszeni zabijać, by sami mogli przeżyć. Temat ciekawy, na dodatek świetnie ukazany, wywołał kolejną lawinę. Tym razem przedstawiony przez autora świat jest obcy tylko czytelnikowi - bohaterzy mniej więcej go znają (chociaż często odkrywają jego jeszcze mroczniejsze strony). Dzięki temu czytając o takim świecie nie odczuwamy, gdy coś jest zbyt niemożliwe do wykonania - Panem czy jakikolwiek inne przyszłe oblicze Stanów Zjednoczonych (nie ukrywajmy, hity młodzieżowe pochodzą głównie z tego państwa) rządzi się własnymi prawami. Jednak książki w tej tematyce bardziej zaczęły się skupiać na psychologii postaci - bohaterzy mają już nie tylko ręce, nogi i serce, którym kochają, ale również rozum i wyjątkowo ważne sumienie, które odzywa się za każdym razem, gdy przelewa się krew. Na kartkach książki przechodzą oni zazwyczaj zmianę niczym Jurand ze Spychowa.
 Wymienić inne książki tego typu jest bardzo łatwo - Niezgodna Veronici Roth, Więzień labiryntu Jamesa Dashnera, Nowa ziemia Julianny Baggott, Dotyk Julii Tahereh Mafi, Legenda. Rebeliant Marie Lu i dużo, dużo więcej. Nie da się ukryć, dystopię dotknęła ta sama choroba co istoty paranormalne - nie da się czytać ciągle o tym samym, a każda kolejna książka była zbyt podobna do całej reszty i coraz głupsze stawało się, że jeden nastolatek ze swoją paczką był w stanie uratować cały kraj - Harry Potter został wybrany przez Voldemorta jako ten, który go pokona, ale ile Katniss Everdeen może żyć na świecie?


 Następny i ostatni jest John Green. Gwiazd naszych wina to książka również o walce, ale już nie z całym światem i złym rządem. Hazel i Gus walczą ze swoją chorobą oraz prawdziwym, okrutnym życiem, z jakim mierzy się każdy z nas, a już szczególnie dorastający nastolatkowie, którzy dopiero odkrywają siebie. Przyznam szczerze, że czytanie Greena idzie mi średnio - nie zachwycił mnie aż tak, jak reszta świata (śmiem twierdzić, że jeśli o tak dramatyczną tematykę, to lepiej sięgnąć po książki polskiej autorki Ewy Barańskiej - Z kim płaczą gwiazdy (wypadek podczas wakacji), Kamila (samobójstwo), Karla M. (anoreksja) czy Ja, Blanka (miłość do samej siebie)). Gwiazd naszych wina nie zachwyciło mnie aż tak bardzo, jak miałam nadzieję, a poza tym przeczytałam tylko Will Grayson, Will Grayson (nie wiedziałam, że to o gejach xD) i W śnieżną noc, gdzie opowiadanie Greena najmniej mi się podobało. Ostatnio obejrzałam film Papierowe miasta i w końcu uświadomiłam sobie, co jest nie tak z tym autorem - osobiście liczyłam na prawdziwy świat, który bardzo dobrze znam, jednak historie Greena nie są w nim umieszczone, tworzy on surrealistyczny obraz naszej codzienności, jednak więcej rzeczy jest w nim możliwe. Może ta świadomość ułatwi mi przeczytanie jego pozostałych książek.
 Green zapoczątkował nową modę, tym razem właśnie na książki o naszym świecie - XXI w. pełen smartfonów, facebooka, McDonalda i Starbucksa oraz nastolatków, którzy nie walczą o życie tylko o akceptację wśród znajomych. Świat, w którym mogli zaistnieć Eleonora i Park oraz Fangirl. Okazuje się jednak, że łatwiej jest umieścić historię w innym świecie niż tym, którzy znają wszyscy, ale o tym w recenzjach.



POZA TEMATEM: Kto był na Papierowych miastach? :D Według mnie film był tylko w miarę, ale dla sceny z Augustusem na kasie warto było iść ^^ (dla niedoinformowanych: Ansel Elgort, który grał Augustusa w Gwiazd naszych wina oraz Caleba w Niezgodnej, w Papierowych miastach ma epizodyczną rolę sprzedawcy Masona na stacji benzynowej).