poniedziałek, 29 lutego 2016

TAG: URL Song

Kolejny wpis z serii: odpowiadam na tagi Dia-chan! Tym razem jest to jej autorski URL Song TAG.




Po raz pierwszy widzę blask - Katarzyna Popowska i Maciej Stuhr

A little pain - Olivia Lufkin

Rose - Anna Tsuchiya

A year without rain - Selena Gomez & The Scene

Kuusou Mesorogiwi - Yousei Teikoku

I Talk to the Rain - Yuki Kajiura feat. Eri Ito

Secret - The Pierces

Safe & Sound - Taylor Swift feat. The Civil Wars


You're The One That I Want - Olivia Newton i John Travolta

Uncover - Zara Larsson

Korowód - Marek Grechuta

Alice (Underground) - Avril Lavigne

Radio Hello - Enej

I don't care! I ship It!


To straszne, że wiele moich ulubionych piosenek nie mogło się tutaj znaleźć, a w szczególności te pochodzące z Paradise Kiss =.=".

piątek, 26 lutego 2016

TAG WOULD YOU RATHER [KPOP EDITION]

 Przemilczmy fakt mojego totalnego olewania tego jakże ciekawego bloga.

 Już bodajże po raz 3 zostałam nominowana przez moją ukochaną Dia-chan do tagu i W KOŃCU stwierdziłam, że je zrobię. Na 99,9% tylko ona to przeczyta, ale i tak się cieszę, że mogę odpowiedzieć na parę pytań związanych z... K-POPEM. A towarzyszyć mi będą gify z ukochaną Bae Suzy z Miss A.


Wolałabyś być w zespole czy zostać solowym artystą?
Z jednej strony jestem strasznie egoistyczna i gdzieś w głębi mnie siedzi gwiazda, która chciałaby skupiać na sobie całą uwagę, ale z drugiej strony zespoły są znacznie efektowniejsze.

Wolałbyś być w zespole, w którym jest poniżej 5 członków czy, w zespole, w którym jest powyżej 5 członków?
Zdecydowanie poniżej 5! Co za dużo, to nie zdrowo. Tak naprawdę nie rozróżniam dziewcząt w dużych zespołach i podejrzewam, że zaginęłabym w tłumie.

Wolałbyś należeć do SM, YG, JYP lub do innej mniejsze wytwórni?
Pomińmy to pytanie milczeniem (byle było dużo kasy XD).

Wolałbyś być tancerzem, wokalem czy raperem?
TANCERZEM! Odkąd pamiętam gdy zostaję sama w domu to włączam muzykę i wyczyniam jakieś połamańce. Czasami strasznie żałuje, że jak byłam mała to się nie uparłam, żeby mama zapisała mnie na jakiś taniec. Kiedy się na to zdecydowałam, byłam już za stara i trafiłam na marną trenerkę, więc zrezygnowałam. Śpiewać też bym mogła, gdybym umiała -.-".

Wolałbyś mieć koncept słodki czy sexy?
Chyba jednak bardziej sexy, jeszcze nie tak dawno powiedziałabym słodki, ale nie czuję się dobrze w takim stroju, no i jestem zdecydowanie zbyt poważna (i wysoka), by być urocza.

Wolałbyś być w zespole liderem, maknae czy visualem?
Ja chcę tylko śpiewać i tańczyć @.@

Wolałbyś należeć do zespołu, który składa się tylko z dziewczyn\chłopaków czy do mieszanego?
Same chłopaki i tylko ja. Scenariusz idealny B)
A jeśli ta opcja nie jest ok, to mieszany, bo KOCHAM piosenki śpiewane przez przedstawicieli obu płci <3

środa, 26 sierpnia 2015

O zmieniającej się literaturze młodzieżowej

 Ostatnio przeczytałam dwie książki będącej teraz popularnej autorki Rainbow Rowell - Eleonora i Park oraz Fangirl. Jako, że moim hobby jest krytykowanie książek, którymi świat się zachwyca, to pomyślałam sobie „A może tak napiszę ich recenzje na mojego opuszczonego bloga?". Myśląc jednak, co w owych recenzjach chcę zamieścić, stwierdziłam, że będę musiała dość mocno rozwinąć inny temat, który niepotrzebnie wydłuży recenzje, a może być świetny na dodatkowy post. W pewien sposób możecie go potraktować jako wstęp do recenzji wyżej wymienionych książek.


 Myślę, że każdy książkoholik przed 20 może powiedzieć to samo, co ja na temat historii książek dla młodzieży. Nie ukrywam, dla mnie początkiem był i zawsze już będzie Zmierzch. Byłam wtedy jeszcze w podstawówce, więc trochę już minęło, jednak trudno mi powiedzieć, co było wcześniej, a celem tego wpisu nie jest przekopywanie się przez internet w poszukiwaniu trendów literackich tamtego dziesięciolecia czy nawet wieku. Wcześniej był Harry Potter, Władca pierścieni i Meg Cabot (Pamiętnik księżniczki).
 Wracając do Zmierzchu - był on efektem fali istot nadnaturalnych, a przede wszystkim wampirów. Normalni nastolatkowie byli wrzucani do obcego im i nam świata, z którym musieli się zmierzyć. W efekcie zazwyczaj wynikała niedozwolona miłość, o którą trzeba walczyć. Powstało tego mnóstwo: Dom nocy P. C. Cast, Pamiętniki Wampirów L. J. Smith, Wampiry z Morganville Rachel Caine. Chociaż temat można ciągnąć w nieskończoność, wiele osób znudził już ten motyw, bo romantyczne potwory nie są ciekawe przez cały czas. Osobiście nie krytykuję tego tematu, chociaż wiele osób uważa, że nie jest on warty uwagi - można znaleźć naprawdę ciekawe książki, gdzie są nadnaturalni bohaterowie i nie muszą być od razu pełne tęczy i grzecznych potworów. Jeszcze niedawno świat żył Darami anioła Cassandy Clare czy wychodzącą jeszcze serią Lux Jennifer L. Armentrout (nie przepadam za obiema seriami).


 Światem książek wstrząsnęła Suzanne Collins, która w 2008 wydała Igrzyska Śmierci, pierwszy tom znanej wszystkim trylogii o dystopijnym świecie, w którym bohaterzy są zmuszeni zabijać, by sami mogli przeżyć. Temat ciekawy, na dodatek świetnie ukazany, wywołał kolejną lawinę. Tym razem przedstawiony przez autora świat jest obcy tylko czytelnikowi - bohaterzy mniej więcej go znają (chociaż często odkrywają jego jeszcze mroczniejsze strony). Dzięki temu czytając o takim świecie nie odczuwamy, gdy coś jest zbyt niemożliwe do wykonania - Panem czy jakikolwiek inne przyszłe oblicze Stanów Zjednoczonych (nie ukrywajmy, hity młodzieżowe pochodzą głównie z tego państwa) rządzi się własnymi prawami. Jednak książki w tej tematyce bardziej zaczęły się skupiać na psychologii postaci - bohaterzy mają już nie tylko ręce, nogi i serce, którym kochają, ale również rozum i wyjątkowo ważne sumienie, które odzywa się za każdym razem, gdy przelewa się krew. Na kartkach książki przechodzą oni zazwyczaj zmianę niczym Jurand ze Spychowa.
 Wymienić inne książki tego typu jest bardzo łatwo - Niezgodna Veronici Roth, Więzień labiryntu Jamesa Dashnera, Nowa ziemia Julianny Baggott, Dotyk Julii Tahereh Mafi, Legenda. Rebeliant Marie Lu i dużo, dużo więcej. Nie da się ukryć, dystopię dotknęła ta sama choroba co istoty paranormalne - nie da się czytać ciągle o tym samym, a każda kolejna książka była zbyt podobna do całej reszty i coraz głupsze stawało się, że jeden nastolatek ze swoją paczką był w stanie uratować cały kraj - Harry Potter został wybrany przez Voldemorta jako ten, który go pokona, ale ile Katniss Everdeen może żyć na świecie?


 Następny i ostatni jest John Green. Gwiazd naszych wina to książka również o walce, ale już nie z całym światem i złym rządem. Hazel i Gus walczą ze swoją chorobą oraz prawdziwym, okrutnym życiem, z jakim mierzy się każdy z nas, a już szczególnie dorastający nastolatkowie, którzy dopiero odkrywają siebie. Przyznam szczerze, że czytanie Greena idzie mi średnio - nie zachwycił mnie aż tak, jak reszta świata (śmiem twierdzić, że jeśli o tak dramatyczną tematykę, to lepiej sięgnąć po książki polskiej autorki Ewy Barańskiej - Z kim płaczą gwiazdy (wypadek podczas wakacji), Kamila (samobójstwo), Karla M. (anoreksja) czy Ja, Blanka (miłość do samej siebie)). Gwiazd naszych wina nie zachwyciło mnie aż tak bardzo, jak miałam nadzieję, a poza tym przeczytałam tylko Will Grayson, Will Grayson (nie wiedziałam, że to o gejach xD) i W śnieżną noc, gdzie opowiadanie Greena najmniej mi się podobało. Ostatnio obejrzałam film Papierowe miasta i w końcu uświadomiłam sobie, co jest nie tak z tym autorem - osobiście liczyłam na prawdziwy świat, który bardzo dobrze znam, jednak historie Greena nie są w nim umieszczone, tworzy on surrealistyczny obraz naszej codzienności, jednak więcej rzeczy jest w nim możliwe. Może ta świadomość ułatwi mi przeczytanie jego pozostałych książek.
 Green zapoczątkował nową modę, tym razem właśnie na książki o naszym świecie - XXI w. pełen smartfonów, facebooka, McDonalda i Starbucksa oraz nastolatków, którzy nie walczą o życie tylko o akceptację wśród znajomych. Świat, w którym mogli zaistnieć Eleonora i Park oraz Fangirl. Okazuje się jednak, że łatwiej jest umieścić historię w innym świecie niż tym, którzy znają wszyscy, ale o tym w recenzjach.



POZA TEMATEM: Kto był na Papierowych miastach? :D Według mnie film był tylko w miarę, ale dla sceny z Augustusem na kasie warto było iść ^^ (dla niedoinformowanych: Ansel Elgort, który grał Augustusa w Gwiazd naszych wina oraz Caleba w Niezgodnej, w Papierowych miastach ma epizodyczną rolę sprzedawcy Masona na stacji benzynowej).

sobota, 27 czerwca 2015

Koniec roku szkolnego~


 Wczoraj udało mi się zakończyć pierwszą klasę liceum. O dziwo - za szybko. Myślałam, że czas w gimbazie leciał mi szybko, ale teraz mam wrażenie, jakbym dopiero co poznała moją klasę, a znam ich już 10 miesięcy. Z pewnością ogromną ilość wolnego czasu odebrały mi teraz dojazdy, ponieważ zdecydowałam się na szkołę w Warszawie - codziennie droga do szkoły i z powrotem zajmowała mi od 2 do nawet 4 godzin (zdarzało się, że przez rozkład pociągów - uwielbiam Koleje Mazowieckie - czekałam w szkole lub na dworcu nawet pół godziny) @.@. Chociaż najgorsze były pierwsze miesiące, teraz prawie w ogóle nie odczuwam podróży (nauczyłam się, jak wsiadać, by zawsze siedzieć xD).
Chociaż nie śpieszy mi się do dorosłości, to cieszę się, że pierwszą klasę mam już za sobą, ponieważ uważam, że wiele czasu straciłam w samej szkole. Plan lekcji miałam wypchany takimi przedmiotami jak podstawy przedsiębiorczości, wiedza o kulturze czy edukacja dla bezpieczeństwa, które nie były zbyt dobrze prowadzone. Za rok też pozbędę się fizyki, chemii, biologii i geografii, a zamiast tego będę miała 4 godz. przyrody - nie brzmi to zbyt wesoło, ale będziemy robić jakieś "ciekawe projekty" i nie będę już musiała kuć się nazw barwników do żywności czy tego, czym jest polimeraza DNA. Zamiast tego będę miała bardzo, bardzo dużo polskiego <3

To co najważniejsze, czyli informacja, że zdałam : D


Świadectwo dostałam w pięknej, różowej teczce.
A z drugiej strony - reklama kursów maturalnych xD
 W 2 i 3 klasie gimnazjum udało mi się mieć pasek - w liceum niestety nie jest już tak łatwo i mam średnią 4,17, z której jestem bardzo dumna, ponieważ to jedna z lepszych średnich w klasie, a na pierwszy semestr miałam 3,80 i udało mi się poprawić sporo ocen, m.in. fizykę z 2 na 4. I w podstawówce, i w gimnazjum nagrodę otrzymywały tylko osoby z czerwonym paskiem, jednak skoro czerwony pasek w liceum jest trudnym wyzwaniem, nagrody zostały przewidziane dla osób, które miały najlepsze wyniki, ale również wyróżniły się w działalności szkolnej. I tak - udało mi się dostać nagrodę :D. Nie spodziewałam się jej, dlatego tak bardzo się cieszę - gdy na początku roku powiedzieli nam, że w liceum to zachowanie dobre jest zachowaniem wyjściowym to byłam pewna, że takie zachowanie będę miała na koniec, bo raczej nie angażuję się w życie szkoły. Jednak jakimiś drobnymi rzeczami jak zrobienie prezentacji na dzień otwarty udało mi się zdobyć bardzo dobre i nagrodę. Moja mama zawsze mi mówiła, że warto robić takie rzeczy, bo dzięki temu wygląda się na porządnego człowieka. Dlatego całym serduszkiem radzę wam robić to samo, bo mi też się wydawało, że to tylko jedna, głupia prezentacja, a potem musiałam robić kolejną, no ale teraz mam na dyplomie napisane, że solidnie wywiązuję się z obowiązków i wychowawczyni pogadała mi, jaka to ja jestem cudowna ^^.

Jako nagrodę dostałam książkę Jarosława Iwaszkiewicza Opowiadania filmowe. Zawiera ona kilka opowiadań, na podstawie których nakręcono filmy. Co prawda, ani o człowieku, ani o tych filmach nigdy nie słyszałam (prawdziwy humanista), jednak jest to zdecydowanie lepsza nagroda niż setna książka z zabytkami i ciekawymi miejscami. Wychowawczyni kazała mi to przeczytać, mama stwierdziła, że przyda mi się ambitna literatura, a ja się boję, bo przeczytałam pierwsze opowiadanie i jest baaardzo dziwne. Nie mam teraz odwagi żeby przeczytać resztę, jednak z pewnością dokończę książkę i nawet mam zamiar obejrzeć filmy na podstawie tego pierwszego. Jeśli mój mózg zostanie spaczony jeszcze bardziej, to będę mogła obwiniać o to szkołę XD.





A jak wasze średnie? Otrzymaliście jakieś nagrody, ciekawe lub nie? A może ktoś zna twórczość Jarosława Iwaszkiewicza - jeśli tak, to wypowiedzcie się w komentarzach. NAPRAWDĘ boję się tej książki, ale żeby to zrozumieć, trzeba samemu przeczytać - polecam, nie dla dzieci. A poza tym...

W A K A C J E ! ! !

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dlaczego humany

Wracam z dość osobistym tematem, jak to ja, ale naszło mnie na blogowanie, a bardzo chciałabym się z tym podzielić ze światem. Dlatego w tym poście dowiedzie się
dlaczego zostałam humanem.
Moje mega stare książki, których nigdzie nie da się dostać i Świętoszek

 Właśnie kończę 1 klasę LO (już tylko miesiąc szkoły <3). Może ten post jest trochę za późno, ponieważ 3-klasiści złożyli już papiery rekrutacyjne (przynajmniej w Wawie), ale cieszę się, że mogę o tym napisać (w końcu pisanie to miłość humana B) ). Wybrałam klasę humanistyczną świadomie i planowałam to od bardzo dawna - już w podstawówce chciałam studiować historię, jednak to w gimnazjum przekierowałam się na język polski - pokochałam wtedy ten przedmiot. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym w liceum nie rozszerzać tych dwóch przedmiotów.
 Chociaż mój wybór nie stanowił problemu dla moich rodziców, to nagle wszyscy znajomi, ba, wszyscy nowo poznani ludzie bardzo martwią się o moją przyszłość. Nie jestem w stanie policzyć, ile razy usłyszałam już "I co będziesz potem robić?".Denerwuję się, gdy wszyscy próbują mnie uświadomić, że popełniłam największy błąd swojego życia, bo poszłam na humana. Wiem, że po studiach humanistycznych nie ma pracy, wiem, że najlepiej by było, gdybym poszła do technikum, bo od razu zawód, ale wiem też jedno - chcę robić to, co kocham.

Na polskim omawiamy właśnie Oświecenie. Wolę to od Baroku </3
  Nie chcę teraz myśleć, co będzie potem - liczy się teraz, a nie chciałabym od września spędzić dwóch lat (bo w 1 klasie mam tylko jedną godzinę rozszerzonego polskiego) na wkuwaniu chemii, której po prostu nie umiem i nie ważne jest, ile poświęcam na nią czasu, fizyki, której nie rozumiem czy geografii, która męczy mnie przez zapamiętywanie miliona wydających się nieważnych informacji. Nie wytrzymywałabym także na profilu dwujęzycznym, bo po prostu rzygam na widok angielskiego. Wiem, że gdybym bardzo chciała, to bym mogła się tych przedmiotów nauczyć. Nie czuję jednak, że poszłam na łatwiznę, bo nauka polskiego czy historii przychodzi mi łatwiej - po prostu są to przedmioty, do których siadam z przyjemnością, a nawet interesuję się tym ponad szkołą.
Nauka o języku to to, co tygryski lubią najbardziej :3
 Na tę chwilę myślę o studiowaniu filologii polskiej, bo tam głęboko w serduszku czuję, że muszę o naszym języku wiedzieć jak najwięcej. Najchętniej pracowałabym w jakiejś korekcie lub czymś, co zajmuje się samym językiem - nie interesuje mnie interpretowanie tekstów czy nawet zawodowe pisanie. Zostawiam sobie furtki - jedną jest dziennikarstwo, ze względu na dodatkowe zajęcia mojej klasy w tej dziedzinie mam już jakieś doświadczenie, a filologia polska na UW ma specjalizację dotyczącą obróbki komputerowej tekstu - takie przygotowanie do łamania tekstów czy wydawania książek. Drugą jest, uwaga uwaga, matematyka. Moja szkoła umożliwia wybranie 3 przedmiotu rozszerzonego - co prawda wybór miałam ograniczony do WOSu, matematyki, historii sztuki oraz kultury antycznej z łaciną, ale to zawsze coś. Dwa ostatnie odpadły z powodu jeszcze gorszego rynku pracy niż po polskim, a WOSu po prostu nie lubię, wszystkie te informacje o władzy itp. bardzo mi się mieszają :<. Padło na matematykę, bo w gimnazjum całkiem nieźle sobie radziłam, a w liceum trafiłam na świetną matematyczkę i na koniec roku wychodzi mi 5 - na szczęście ta sama nauczycielka ma wziąć rozszerzenie za rok <3 (wybierając rozszerzenie nie wiedziałam, kto będzie uczył). Aktualnie na matmie bardzo się nudzę i już nie mogę się doczekać 2 klasy i czegoś ciekawego XD

Materiały do eseju - pracy semestralnej -.-"
 Co się zmieniło po 1 klasie LO? Polubiłam matematykę (zobaczymy co będzie za rok
>.<"), ale znienawidziłam historię - wszystko wina beznadziejnego nauczyciela :C Niestety, powinnam zdawać maturę z historii, bo tylko UW w rekrutacji bierze pod uwagę sam polski i matmę - inne uczelnie wymagają jeszcze jednego przedmiotu humanistycznego :C. Mam nadzieję, że od następnego roku zmienią nam nauczyciela, bo jest mi bardzo żal, że przedmiot, który kochałam nawet w gimnazjum, gdzie nikt go nie lubił i uważano, że jest marna nauczycielka, powoduje u mnie ból głowy.
Mój podręcznik i starszej koleżanki - nie da się pracować z jednym :c

~~~~
 Ostatnio jestem bardzo zajęta, bo nauczyciele nas dręczą przed wakacjami :c Nie mam chwili dla siebie i nie mogę się doczekać, kiedy zużyję moje najnowsze nabytki:
- Orzeźwiający peeling do twarzy z limonkowo-cytrusowym koktajlem egzotycznym, Ziaja;
- Maska oczyszczająca z glinką szarą, Ziaja.
 Po użyciu jak będę pamiętała to może napiszę nawet króciutkie opinie <3


sobota, 31 stycznia 2015

Pierwsze spotkanie z Pig Nose Clear Blackheads 3-step Kit

 Jakiś czas temu natrafiłam w internecie na koreańskie plastry na nos Pig Nose Clear Blackheads 3-step Kit firmy Holika Holika, które miały skutecznie usuwać te wredne, czarne kropeczki z nosa. Zachęcona przez Buduar Panieński zamówiłam 2 sztuki na ebay'u za $2,99.


 Przesyłka dotarła do mnie w ciągu 2 tygodni, jednak z powodu ferii czekałam, żeby czyściutkim noskiem szpanować w szkole. Dzisiaj nadszedł dzień ostateczny.
 Poczułam się mocno zawiedziona. Pierwszy krok przeszedł bezboleśnie, jedynie oblałam pralkę płynem, którym był nasiąknięty plaster. Przy drugim kroku odczułam ból z powodu nieznajomości koreańskiego. Plaster po przyklejeniu trzymał się bardzo słabo, musiałam go cały czas poprawiać. Weszłam więc na w.w. bloga, aby sprawdzić, czy wszystko robię dobrze. Okazało się, że nos przed naklejeniem trzeba zmoczyć =.=".
 Udało mi się uratować sytuację, jednak w moim źródle wiedzy autorka zachwycała się, że po 1 kroku zaskórniki aż wystawały ze skóry. Niestety, ja niczego takiego nie zauważałam. Po odczekaniu 10 min. odkleiłam plaster i szczerze się zawiodłam. Wyciągnął tylko kilka kropek, ba, kawałek plastra oderwał się i został mi na nosie x.x.
 3 krok to bardzo zabawny, żelowy plaster, który ześlizgiwał mi się z nosa xD. Czy zamknął pory jak powinien to nie wiem, nadal nie rozróżniam zamkniętych i otwartych porów...

 Podsumowując, nie wiem, czy to ja popełniłam jakiś błąd, czy po prostu magiczne, koreańskie plastry na mnie nie działają. Mam jeszcze jedno opakowanie, które użyję za jakiś czas. Może tym razem pójdzie lepiej...
 Szczęściem w tym nieszczęściu jest to, że do plastrów sklep dodał 2 próbki sebum I'm Real Tea Tree od Tony Moly. Jakiś czas temu użyłam jednej na noc i gdy rano wstałam, byłam w szoku. Zapomniałam, jak to jest mieć taką ładną cerę twarzy :3 Zaczerwienienie krost zbladło i pozostały tylko słabe blizny. Niestety, pełna wersja kosmetyku kosztuje ok. 50 zł :c


niedziela, 25 stycznia 2015

O mnie: o josei w moim życiu

Hej hej :D
Jestem Yukari, lat 16, mieszkam niedaleko stolicy, humanistka, która w przyszłości będzie pracować w Macu <3 W M&A siedzę już 3 lata, chociaż ostatnio mój zapał trochę się wypalił. Moja ukochana i urocza Dia zaczęła blogować, więc mi też się zachciało. Nie wiem jeszcze do końca o czym będę pisać, ale trzymajcie kciuki ^^.

 Na sam początek, aby dać się poznać, postanowiłam napisać o gatunku josei - za co go kocham i dlaczego odegrał ważną rolę w moim życiu.

 Dla niedoinformowanych - josei to gatunek mang i anime, którego grupą docelową są kobiety 20+, które ukończyły już liceum. Przedstawiona historia przedstawia wątki zwykłego życia - miłość bez słodkiej i sierotowatej otoczki shoujo, czasami z elementami fantastyki. Wywodzi się od niego, niestety, yaoi (nie lubię, I love Yuri <333).

Moja dzisiejsza historia zaczyna się ponad 3 lata temu, gdy moja przyjaciółka, która oglądała anime próbowała namówić do tego mnie - najpierw pokazała mi jeden, ponoć mega zabawny odcinek Naruto, potem namówiła do Vampire Knight, które nieszczęśliwie zacięło się w połowie 2 odcinka (wtedy było trudniej znaleźć w internecie odcinki) oraz kazała obejrzeć jakieś 10 minut jakiegoś tam odcinka Special A. Szybciej przekonała moją młodszą siostrę niż mnie xD.




 Przyszedł styczeń '12. Moja koleżanka czasami opowiadała mi akcje jakiejś mangi lub anime, ale nigdy mnie nie zaciekawiła. Tym razem padło na mangę Hapi Mari. Pisała do mnie równolegle czytając, a akcja mnie zaintrygowała, więc w końcu się zdenerwowałam i kazałam dać jej link - I TAK SIĘ ZACZĘŁO.

Opis: Takanashi Chiwa to młoda kobieta pracują w biurze, której ojciec jest zadłużony. Nie ma szczęścia do miłości. Gdy szef wezwał ją do siebie nie spodziewała się, że zaproponuje jej... małżeństwo! Małżeństwo bez miłości, z którego obie strony miały odnieść korzyści.



 Po pierwszej mandze minęło trochę czasu, zanim obejrzałam anime. Również za rekomendacją w.w. koleżanki jako pierwsze zobaczyłam Usagi Drop. Anime od początku pokochałam, a gdy je skończyłam koleżanka śmiała się z tego, że próbowała mnie przekonać wampirami i ninja, a wystarczyło mi dać coś o zwykłym życiu ^^.

Opis: Nikt z rodziny nie spodziewał się, że zmarły dziadek jako spadek pozostawi nieślubną córeczkę Rin. Matka dziewczynki przepadła, a nikt z krewnych nie chce się nią zaopiekować. Zadania podejmuje się 30-letni kawaler Daikichi, który nie jest w stanie zostawić dziecka samego. Tak zaczyna się jego przygoda jako młody ojciec.

Anime jest przekochane, jednak słyszałam już wiele niepochlebnych opinii o zakończeniu mangi...



 Minęło trochę czasu i moją pasją zainteresowała się koleżanka z klasy. Powiedziała mi o swoim pierwszym anime, Nanie, której nienawidziła, ale dzięki niej obejrzała inne tytuły. Stwierdziłam, że muszę to obejrzeć, szczególnie, że kiedyś już o nim słyszałam. Na początku szło ciężko - nie podobała mi się kreska, postać Hachi działała mi na nerwy, a muzyka Blast nie trafiała w mój gust. Z czasem pokochałam wszystko w tym anime - nawet kreskę, Hachi, muzykę, a szczególnie przyjaźń obu Nan oraz paring Reira x Shin <333. Wylałam hektolitry łez i wylewam je za każdym razem, gdy wracam do Nany. Gdybym mogła, to skandowałabym pod oknem Ai Yazawy, że dokończyła mangę, a jeśli by się nie zgodziła, to przeniosłabym się pod wydawnictwo, żeby pozwolili wydać mangę w Polsce.

Opis: Nana Komatsu jedzie do Tokio, aby zacząć wspólne z życie z chłopakiem, Nana Osaki chce w Tokio zaistnieć jako piosenkarka. Przeznaczenie sprawia, że dziewczyny spotykają się - obie mają 20 lat, obie chcą zacząć nowe życie, obie dźwigają na swoich barkach ciężar przeszłości i obie zostają najlepszymi przyjaciółkami.


  Zakochana w Nanie zapragnęłam sięgnąć po więcej twórczości Ai Yazawy. Paradise Kiss widziałam dużo wcześniej, jednak nie urzekło mnie zbytnio - być może byłam jeszcze za młoda xD. Postanowiłam nabyć mangę i oczywiście pokochałam ją, nawet zakończenie. Uwielbiam bohaterów i świat, jaki stworzyła tu autorka.

Opis: Yukari Hayasaka odkąd pamięta uczy się, aby zadowolić matkę. Aktualnie uczęszcza do dobrego liceum, jednak nie jest szczęśliwa. Wszystko się zmienia, gdy zaczepia ją chłopak z agrafkami w ciele. Chce, żeby Yukari została modelką jego grupy na szkolnym pokazie mody. Chociaż dziewczyna na początku nie zgadza się, ale poznaje projektanta George'a i zarażona pasją ParaKiss'u zostaje wciągnięta w świat mody.



Chciałabym również krótko wspomnieć o samej postaci Yukari z Paradise Kiss. Ktoś spostrzegawczy mógł zauważyć, że taki sam jest mój pseudonim. Co prawda pomysł na niego nie pochodził z tej mangi, jednak byłam świeżo po lekturze ostatniego tomu i w Yukari odnalazłam siebie - też jest bardzo wysoka xD. Poza tym podziwiam Yukari - za jej siłę, by zmienić swoje życie i dążenie do celu za wszelką cenę.
Podsumowując:
pierwsza manga - josei
pierwsze anime - josei
ukochana manga - josei
ukochane anime - josei
ukochana postać - z josei

 Moją zależność od josei uświadomiłam sobie dopiero pół roku temu, gdy na Animatsuri '14 poszłam na panel o josei, bo się zaczęłam nudzić. Prowadzące opowiedziały tam o większości tytułów anime, które można obejrzeć z polskimi napisami. O ile Nany i Paradise Kiss się spodziewałam, tak byłam w ogromnym szoku, gdy zobaczyłam Usagi Drop. Już wtedy stwierdziłam, że to przeznaczenie i że jestem mega dorosła xD. Na informację, że Hapi Mari to również moje ukochane josei trafiłam niedawno przeglądając forum Waneko.
 Ten gatunek kocham właśnie za realizm i niebanalne postacie. Coraz gorzej czyta mi się shoujo, gdzie bohaterka jest irytująca, a historia kończy się wielką miłością i zawsze ten chłopak jest tym jedynym. Niektóre josei'e można porównać do shoujo, np. Hapi Mari, dlatego kibicując wydawaniu tego gatunku w Polsce nie umiem znaleźć wsparcia u kobiet, które chcą takie mangi, bo nie lubią czytać o szkole, którą skończyły (1 LO się kłania). W josei doceniam prawdziwe problemy, przeżywam razem z bohaterami, a przedramatyzowane bieganie za chłopakiem nie wywołuje u mnie tylu emocji.
 Na koniec wspomnę o moich dwóch perełkach, które przeczytałam ostatnio - wydane w Polsce Walkin' Butterfly i Kuragehime, o które ludzie proszą. Żałuję, że to pierwsze nie przebiło się na naszym rynku i dopiero teraz zwróciłam uwagę na tę mangę.